Armenia cz.5 - Odwiedziny znajomych i kopalnia w Achtali (2023)
Docieram do wylotówki Ashtarak, chcąc nie chcąc burza rozkręciła się na całego. Schronienie znajduje na gangu jakiegoś domu w trakcie remontu. Podchodzi do mnie prawdopodobnie właściciel ów przybytku, co to za menel mu siedzi na chacie. Tłumacze mu wiec, że tylko przeczekuje deszcz i jestem z Polski co znacznie uspokaja jegomościa i życzy mi powodzenia. Wykorzystuję lukę w nawałnicy i udaje się załapać stopa prosto pod Saramej. Jedziemy tak z półtorej godziny w rytmie ormiańskiego disco polo, późnym wieczorem jestem już w wiosce mojego znajomego. Mam wrażenie jak by wszystko działo się na autopilocie, niedługą chwilę później zatrzymuje się taksówkowa łada i pytam o Furmana zapomniałem już gdzie on dokładnie mieszka. To jedyny gość z takim imieniem w całej wiosce, więc wszyscy go znają. Taksiarz mówi teraz go nie ma, w tygodniu Furman pracuje na budowie w Erywaniu i zjeżdża tylko na weekend, ale może podwieźć mnie do jego brata Johna. Kurde, nawet nie chciał kasy, co za ludzie! I teraz wyobraźcie sonie taką scenkę jest wieczór ledwo widno, wy rąbiecie drzewo na podwórku macie siekierę w ręku i nagle podchodzi koleś wyglądający na wojskowego z kapturem rzucającym złowieszczy cień na twarz, jak to może się skończyć? Na szczęście John poznaje mnie od razu i obywa się bez rękoczynów. 😂 Wchodzimy do domu tam żona i dzieciaki też już mnie kojarzą z poprzedniego roku. I ta lodówka ził Moskwa, to się nigdy nie zepsuje! Ach wracają wspomnienia 😍.
Żona Johna przygotowała popas. Wszystko domaszne własnej roboty z własnego ogrodu, mówi że Azerowie najbardziej zazdroszczą im żyźniej ziemi wulkanicznej.
Najbardziej zaciekawiły mnie ormiańskie ferrero rocher, niedojrzałe orzechy włoskie są tak spreparowane w syropie że można szamać razem ze skorupką. A i był jeszcze sok z owoców dzikiej róży 😍
Rano piorę swoje śmierdzące ciuchy . W Spitaku panuje specyficzny klimat gdy w większości Armenii szaleją upały tutaj wieje przyjemny przeciąg no i pranie szybciej wyschnie 😉
Johnowy i chłopakom strasznie się podoba moja lornetka, w takim miejscu jest co obserwować.
Furmana jeszcze nie będzie dzień albo dwa, więc postanawiam w międzyczasie pojechać do Achtali którą obiecałem sobie na początku wyprawy. Klamoty zostawiam u Johna ale bez odprawy mnie nie wypuszczą, dostałem kurtkę i plecaczek szkolny który na szybko zacerowali i naprawili zamek. Na lekko spakowany wsiadam do samary Johna i jedziemy do Spitaka, gdzie po wielu nieudanych próbach w końcu udaje mi się kupić naklejkę AM w motoryzacyjnym. John odstawia mnie na rubieże miasta mniej więcej w tym samym miejscu co jego brat rok temu. Dalej łapię stopa, mijam znane mi już Alaverdi i po drugiej stronie rzeki Debed wita mnie Achtala, czas najwyższy rozpocząć poszukiwania sztolni którą podesłała mi Buba 😉
Jak zwykle ślepo zaufałem pierwszym lepszym kilofom na mapie i zaprowadziły mnie do kibla ! Dalej już tylko brokatowe błoto, możliwe że to odpady po wydobyciu miedzi tak się błyszczą w słońcu. A skoro już mam taki dorodny kibelek przed nosem aż żal było by nie skorzystać. Kasztany toczą się hen daleko w przepaść a drewienko zabudowy chroni przed skwarem lejącym się z nieba. No, teraz to dopiero jestem gotowy na przygody 😀 Cóż za pomyślana konstrukcja
Jednak muszę zapytać miejscowych gdzie dokładnie mogą się znajdować sztolnie. W tym celu udaje się na górną partię Achtalii.
Zwiedzam budynek kolejki linowej, gdzie niestety oprócz gołębi "kryminalny krug" urządził sobie wychodek i miejsce do palenia lufek. Jak wygląda mechanizm i przekładnie kolejki, pokaże w następnej relacji z Alaverdi.
Panoramka na niższą partię Akhtali.
Idąc promenadą zaczepia mnie trzech miejscowych Antków siedzących na ławeczce jak w serialu „Ranczo”. I pytają się, czy mogą jakoś pomóc, podwieźć, coś załatwić, co prawda wielkiego biznesu z tego nie wykrzesają, ale pytam się ich, gdzie jest kopalnia. Okazuje się, że trzeba rzeźbić jeszcze wyżej, aż do Shamlungh, i to by się pokrywało bowiem też o tej miejscowości wspominało starsze małżeństwo, z którymi się kawałek zabrałem autostopem.
Trochę przykładów artystycznej gimeli i nieładu z górnej Akhtali.
Zabieram się na stopa z jakimiś geodetami właśnie takim uazem prosto do Shamlungh, po drodze namierzam i zapisuję lokalizację sztolni na mapie. Okazuje się, że okolica jest naszpikowana korytarzami jak ser szwajcarski, a co je wszystkie łączy? Wypływająca woda, więc dobrze by było skombinować jakieś kaloszki, a najlepiej wodery.
Dzień się kończy, a zaczyna burza z deszczem. Lipa totalna z noclegiem, namioty i inne klamoty zostały w Sara mej, tymczasowe schronienie znajduje w jedynym tutaj sklepiku i biorę udział w debacie razem ze sprzedawczynią i klientami, poruszamy różne tematy, dowiedziałem się o częściowo opuszczonej nieopodal kopalni Teghut, szkoda, że nie wystarczy czasu na tym wyjeździe, aby tam zajrzeć. ;( W sklepie nie ma za dużego wyboru, ale w rogu jest to czego potrzebuje, para gumofilców co prawda dwa rozmiary za duże, ale lepsze takie niż żadne.
Ulewa chwilowo ustępuje, widząc wydmuszkę urala który to został przerobiony na przyczepę, pojawia mi się przez moment myśl aby spędzić noc w kabinie.
A ta wskazówka musiała służyć od regulacji ciśnienia w oponach w zależności czy maszyna musiała walczyć ze śniegiem, błotem albo piachem.
Dobra dajmy już spokój uralowi, trzeba zobaczyć te kopalnie.
Pierwsza jest tak zalana że nie da się wejść bez kajaka.
Na poboczu są jakieś chatki zaje się opuszczone ale wnętrze nie nadaje się do nocowania trzeba szukać dalej.
Zaraz chwile dalej jest kolejna dziura, tym razem udaje się coś zobaczy. A ten krzyż to chyba ma odstraszyć ciekawskich gagatków bo pewnie miała tu miejsce jakaś tragedia.
Miejscami woda kolorem nieco przypomina krew
Którędy iść ?
Po drodze mijam też zupełnie czynne sztolnie, aż korciło, żeby wejść do tych oświetlonych korytarzy, ale miałem na głowie inne priorytety, podbijam do górników i pytam o możliwość przenocowania w baraku, czy tam kontenerze, a ci tylko rozdziawiają japy. Udaje mi się złapać na stopa tę samą parkę dziadków, z którym już dziś jechałem. Jadą przez Alaverdi i tam zostaje na noc. Jest już późno ciemno, więc nie mam szans dostać się inaczej, jak taksą na górne miasto Alaverdi. Mam do wyboru 3 taksówki, pada na białą wołgę, za 10 zł taksiarz zawozi mój zadek pod fajny hostelik połączony ze sklepem spożywczym. Właściciel na mój widok bierze mnie za wędkarza, sugerując się gumiakami na nogach i kijkiem trekingowym wystającym z plecaka i proponuje mi, że mogę swoje ryby przechować u niego w zamrażarce.
Na dobranoc moje ukochane piweczko żygulowskie 😍
Rano znając już konkretną lokalizacje sztolni wracam z powrotem do Akhtali dokończyć eksploracje.
U progu wejścia do kopalni bije mocny chłód, więc zakładam kurteczkę Johna. I na cożem kupował te filce jak za mną ktoś zawiesił i zostawił na bramie wodery od OP1, chociaż nie wiadomo, czy nie są dziurawe.
A tutaj zamykali niegrzecznych górników.
Pojawiają się pierwsze wagoniki, a może to te które niegdyś widziano na moście ? Aż przypomina mi się Hugo z Polsatu jak trzeba było zbijać małpy rybą żeby nie wywróciły wagonika 😂
Pojawiają się boczne korytarze i rozdwojenia aby nie stracić orientacji idę zgodnie z nurtem wody.
Wagoniko - spychacz
Ileż kolorowych nacieków !
Korytarze ciągną się i ciągną, a końca nie widać. Ogrom tej sztolni mnie przerósł, może gdybym nie był całkowicie zdany na siebie, udałoby się przejść do końca. Chociaż może to i dobrze, że zostawiłem sobie niedosyt, rąbek tajemnicy by jeszcze kiedyś tu wrócić 😉.
Z ciekawości sprawdzę jeszcze co jest po drugiej stronie mostu.
Dochodzę do kolejnego tunelu wydrążonego w górze, ale widac przebujające się swiatło na końcu, może uda się wrucić do miasta zupełnie nową ścieżką 😀
Kto grał w stalkera wie do czego to służy ;)
I rzeczywiście odkryłem jakiś magiczny portal.
Na torach znajduje papierek po lodach sajuza od teraz jest to obiek poszukiwań w ormiańskich osiedlakach 😂
Na miasto wychodzę przez jakąś kruszarnie tłucznia obok budki ciecia nawet nic nie powiedział.
Po rozmowie z miejscowym, podobno cały podziemny kompleks liczy ok 5 km, czyli nie wiele mi zostało, ale niedosyt pozostanie niedosytem.
CDN
Komentarze
Prześlij komentarz