Ukraina w czasie wojny cz.4 - Gruzawikiem na Pamir
W planach był już w 2021, gdy szalał covid, jednak przejście Świdowca z Ust Czornej do Jasini zjadło resztę urlopu. Ostatnim razem gdy próbowałem zdobyć Pamir wczesną wiosną, miałem wysiąść w Usterikach i podążać Białym Czeremoszem, zamiast tego pojechałem dalej za Putile. Stwierdziłem że od Shepit też będzie blisko na górę Tomnatik. Złapałem na stopa policjantów w białej ładzie, którzy właśnie tam jechali, już byłem pewien ostatniej prostej, dojechaliśmy do Ploski, a tu dupa, blockpost, wojskowi ich przepuścili a mi kazali wysiadać i zawrócić pieszo. Na domiar złego rozpętała się śnieżyca, uświadomiłem sobie, jeśli na szczycie będzie śniegu po pas, to nie ma sensu kopać się z koniem i odpuściłem misję.
Jak to mówią do trzech razy sztuka, jestem tu znowu w Usterikach i tym razem nie mogę tego spieprzyć. Robi się wieczór, obóz rozwieszam gdzieś na skrzyżowaniu Czarnego i Białego Czeremoszu. Wbijam jeszcze do sklepu puki otwarty. I tego mi u nas brakuje, przykładowo jest sklep na wiosce w którym nic nie ma ale piwo z kija musi być ! Ponoć 30 lat temu, piwo na rozlew też było popularne w Polsce.
Oho, jedzie pierwszy gruzawik, wzdłuż Białego Czeremoszu dużo ich krąży, skupiam wszystkie swoje myśli aby wykreować rzeczywistość w której jestem jego pasażerem 😍
Noc była mżawkowa, poranek i reszta dnia również nie zapowiada się najlepiej, cyklicznie popaduje, więc kończę szybko kawusię i liczę że jakiś łaskawy kamaz się zatrzyma.
Na razie coś cienko idzie, jak już jedzie jakaś ciężarówka to w przeciwnym kierunku, więc tak przebieram nóżkami, mijam Hrebline, Koniatin, zaraz zaraz, przecież ja muszę się przetarabanić na druga stronę rzeki, tutaj zaraz skoczy się droga !
Na szczęście co jakiś odcinek jest most linowy, woda w Czeremoszu ogólnie jest czysta tylko w czasie deszczu zamula się błotem.
Zatrzymuje się w sklepie wielobranżowy pod Czeremoszną, oprócz piwa z kija, było wszystko co potrzebne do obozowania, łącznie z kartuszami, gwoździami i marynowanym po domowemu mięsem na szaszłyki. Na piwko zatrzymują się również jagodozbieracze na swoich terenowych motorkach.
Tu jakieś cmentarzysko gruzawików a ja modlę się załapać żywego.
Jedna cecha wspólna co łączy te wszystkie maszyny to oliwkowy kolor kabin, no dobra jeszcze potworny hałas i kłęby spalin (oczywiście dla mnie na +)
I w końcu los się dla mnie uśmiechnął zatrzymał się ził ! 😍Jechał po trociny do tartaku w Hołoszynie.
Mijamy blockpost w Biłej Riczce, na szczęście funkcjonariusze byli zajęci piciem kawy, to nas nawet nie zatrzymywali :D
Wrzucę jeszcze kilka filmików z starego gopro 3 które przykręciłem do kijka trekingowego za pomocą opasek zaciskowych. Ten ryk silnika jest muzyką samą w sobie, nie trzeba żadnych bajerów szmerów.
Woda w Białym Czeremoszu już się trochę wyklarowała.
A to Nikołaj z Czernivtsi i jego Ural z silnikiem i kierownicą od kamaza. Akurat jedzie na Niżnij Jałowiec, tu nie ma sezonu, drewno wywożone jest cały rok.
I tu kończy się nasza wspólna podróż, chłopaki otwierają szlaban i nawracają w swoim kierunku. Mi natomiast pozostaje przebierać nóżkami dalej pieszo, w rozkręcającym się coraz bardziej deszczu.
Ostatnie spojrzenie na Biały Czeremosz, dalej za wioską Perkalaba, rzeka zmienia nazwę na Sarama.
Docieram do Perkalaby, dochodząc do budki z szlabanem, strażniczka parku woła mnie do środka i kasuje 300 hrywien (ok 30zł) za bilet wstępu. Wspominała że przed wojną sporo tu polaków przyjeżdżało, i co mnie najbardziej zdumiało, powiedziała mi że mogę bez problemu obozować i palić ognisko gdzie chcę ! Naprawdę, w niektórych kwestiach możemy im pozazdrościć normalności.
Coś dla miłośników korytek.
Dalej prowadzi już niebieski szlak na Perkalab -Tomnatik, częściowo wzdłuż rzeki Sarama. Malownicze łąki, stare domostwa, cała ta sceneria, przywołuje na myśl dawną Polskę. Pięknie pokazuje to fragment z filmu jak Franek Dolas w niemieckim mundurze wrócił na ziemie ojczyste https://www.youtube.com/watch?v=iPBsH8p1hxg
Obóz rozbijam pod chybotliwą wiatką biesiadką, niestety drewno jest zbyt mokre oby rozpalić ognisko i osuszyć zgnojone skarpety i buty. Na domiar złego noc była koszmarnie zimna, dawno tak nie zmarzłem, śpiwór oraz inne rzeczy, miałem dobierane raczej pod ciepłe sierpniowe dni.
Rankiem wszytko mokre od rosy, przeziębnięty, zmęczony podążam niebieskim szlakiem, który zdaje się dawno nie był już uczęszczany. To istna dżungla z liśćmi większymi od dłoni, brodząc w błotnistej ścieżce, rana stopy nabyta w Sołotwino, daje mi się we znaki.
Rąsia dla skali.
Po na poprawę morale, obżeram się poziomkami, których tu pełno ka każdym kroku.
Mroczny las ustępuje połoniną, słońce mocniej przypieka w kark, jest szansa trochę obeschnąć.
Chmury przypominają kluski w rosole.
Finał ! Jesteśmy na szczycie Tomnatik 1565 m.n.p.m, na którym działała radziecka baza radarowa pod kryptonimem Pamir. Olbrzymie kopuły nieco przypominające kształtem piłeczki golfowe, miały za zadanie ochronić radary przed czynnikami atmosferycznymi a także przed ewentualnym promieniowaniem. Obecnie służą za domek dla koników, a niektóre zostały przyozdobione w pstrokate wzorki jak pisanki wielkanocne :D
W jednej "piłeczce" zachowała się nawet antena, eh i jak zwykle nie mogę uchwycić jej obiektywem w całości.😖
Wewnątrz panuje metaliczna akustyka, a silny wiatr duje na zewnątrz.
Zaraz obok znajduje się pokaźnych rozmiarów rura, nie, to nie zbiornik na paliwo a raczej schron dla personelu, w razie jakiegoś zagrożenia, zamykali się żelaznymi wrotami do puszki.
Dalej rozciągają się opuszczone domostwa, wnętrza niekiedy są świetnym stanie, a na ścianach można znaleźć rysunki najbliższej okolicy. Ale były też takie chatki gdzie nie dało się przebić przez wysokie pokrzywiska.
A to co ? Radziecki nóż do pizzy ?
Nagle przyjechała jakaś nowobogacka rodzinka biały suwem i zaczynają się wydzierać i panoszyć, więc uznałem że pora się ulotnić. Powrót na Czeremosz tym razem planuje przez Wierchni Jałowiec, kopuły w ilości 5 szt, powoli zanikają za horyzontem.
Wierchni Jałowiec, zatrzymuje się w sklepiku uzupełnić niedobór piwerka, tu czas nie ma znaczenia.
Zabrałem się na stopa uazem bichanką, kierowca jest zbieraczem jagód, właśnie jedzie do skupu sprzedać swoje zbiory, gdzie załatwia mi kolejny transport. Co prawda tylko kawałek ale za to ładą nivą , mój boże co za niesamowite combo ! Mijamy dwa blockposty , w pierwszym żołnierze sprawdzają mi paszport, dokąd jadę i tak dalej, w drugim machają ręką, otwierają szlaban bez kontroli, bo już znają jagodziarzy.
Zbliża się wieczór obozowisko rozbijam nad brzegami Białego Czeremoszu , ukryte wśród paproci. Płonie ognisko chyba pierwsze na tym wyjeździe, upiekłem sobie ukraińską kolbase, ale po kilku kęsach była tak podła i beznadziejna że wypierdzieliłem ją do wody, może jakiś karp wciągnie.
Skitrany w paprotkach jak partyzant Vietcongu.
Po porannej przekąpce w Czeremoszu, idę kamienistą drogą , zrywam przydrożne maliny z krzaków i czekam na swojego gruzawika który zabierze mnie gdzieś bliżej Czernivitsi.
Zabieram się z dwoma kolesiami, jadą prosto do Czernivitsi, buchamy, przegryzając skibkami z czerwonym "kawiorem" w rytmie ruskiego rapu, jak widać nie mają z tym problemu, mimo że byli na froncie. Potrzebowałem chwili by dojść do siebie po takiej integracji, nie chcę was zanudzać marszrutkami i przekraczaniem granicy, dlatego zobaczymy się już w Mołdawii. A serię Ukrainy w czasie wojny będę kontynuował po przebiciu się na południe obwodu Odesskiego.
CDN
" Malownicze łąki, stare domostwa, cała ta sceneria, przywołuje na myśl dawną Polskę."
OdpowiedzUsuńAle w łeb belą nie dostałeś?? :P
Akurat jechałem pustym gruzawikiem, a gdyby był załadowany kłodami, to kto wie :P
OdpowiedzUsuń